Kapoplastyka - co to takiego? 
Operacja 
Decyzja - kiedy?
Przygotowania
Zabieg operacyjny
Powikłania
Rekonwalescencja
Ćwiczenia 
Pacjent ma głos
Rehabilitacja 
Szpitale 
Kapoplastyczni 
Endoplastyczni 
Poczekalnia 
Forum 
Ciekawe publikacje 
Ankieta 
Uwaga na wagę 
Hyde Park 
Historia serwisu 


Poczta


Szukaj


Copyright SystemArt
 Strona główna / Kapoplastyczni
 Ania P.

Jesień 2006
Pracowałam jak co dzień, kiedy nagle poczułam potężny ból nogi, przeszywający od kręgosłupa przez pośladek i udo aż do łydki. Chodzenie stało się koszmarem. „Może to rwa kulszowa?” – zastanawialiśmy się wspólnie z lekarzem rodzinnym. Przyjęłam 3 serie zastrzyków, ale dolegliwości nie ustępowały. Czas na rezonans magnetyczny. Diagnoza: to nie rwa kulszowa, to chore biodro.
Rozpoczęłam półroczne zwolnienie lekarskie. Przejmujący ból przy każdym stąpnięciu uniemożliwiał mi normalne poruszanie się. Przestałam wychodzić z domu, bo kulałam i omal przewracałam się na każdym kroku. Czułam brak stabilności w nogach, biodra zaczęły strzelać i przeskakiwać jak trybiki w zębatce. Okropne uczucie.. Roentgen stawów biodrowych pokazał ich kompletną ruinę. Lekarz zapytał retorycznie: „Jakim cudem Pani jeszcze chodzi?”

Wiosna – lato 2007
Wizyta u ortopedy. „Droga Pani, biodra są tak zniszczone, że nie uniknie Pani ich wymiany na endoprotezy”. Wyrok zapadł. Lekarz wystawił skierowanie do szpitala, uprzedzając, że zanim szpital wezwie mnie na operację, minie pewnie rok, może dwa.. Zbuntowałam się. Pomyślałam: „nie dam się pokroić!” i schowałam głęboko skierowanie na operację.
Tymczasem po półrocznej przerwie nadszedł czas by wrócić do pracy.. „Czy dam radę? Czy nogi mi na to pozwolą?” Pozwoliły. Stał się cud. Przez kolejne dwa miesiące pracowałam niemalże bez bólu. Byłam szczęśliwa i pełna nadziei na poprawę. Do lipca. Biodra uderzyły znowu. Ale z mniejszą siłą niż poprzednio. Przetrwałam wakacje i wróciłam do pracy. Dolegliwości bólowe nie ustępowały, ale dawały się stłumić lekami przeciwbólowymi i przeciwzapalnymi.

Jesień 2007
Niestety im bliżej jesieni, tym gorzej ze mną było.. Chodząc uważałam na każdy krok, byle nie postawić stopy w niewłaściwy sposób, bo wtedy chciałam krzyczeć z bólu. Wchodząc po schodach powstrzymywałam się, żeby się nie rozpłakać. Setki ludzi wokół przyglądały mi się uważnie, a ja uśmiechałam się do nich udając, że nic mi nie jest. Ale czułam się tragicznie.. Kiedy dotarłam do lekarza, ten spojrzał na mnie z zaniepokojeniem i stanowczo stwierdził: „Natychmiast operacja!”. Broniłam się przed tym, ale czułam, że on ma rację. Zaczęłam oswajać się z myślą, że będę musiała to zrobić.

Poskramianie potwora
.
Rozpoczęły się wielkie internetowe poszukiwania informacji o operacji biodra. Przejrzałam setki stron. W końcu trafiłam na stronę poświęconą kapoplastyce. Pojawiła się nadzieja, że jest coś lepszego niż standardowa endoproteza, która – w moim przekonaniu – uczyniłaby ze mnie kalekę. Postanowiłam skonsultować się w tej sprawie z moim ortopedą. Rozmowa nie była długa. Usłyszałam słowa, które mnie załamały: „Nie wykonam tej operacji, ponieważ nie eksperymentuję na swoich pacjentach”. Ale jednocześnie uzyskałam wskazówkę, aby wybrać się tam, gdzie takie operacje są przeprowadzane – do Carolina Medical Center w Warszawie.

Wizyta w Carolinie
Pierwsza wizyta miała miejsce na początku listopada 2007. Po wykonaniu usg bardziej zniszczonego biodra, udałam się na konsultację do doktora J. Laskowskiego. Omówiliśmy teoretycznie wszelkie sprawy związane z kapoplastyką, lekarz wyraził swoją opinię na temu stanu mojego biodra, ale decyzję o operacji pozostawił mnie. Przez następne tygodnie walczyłam z ciężkim bólem, tak więc chodzenie do pracy stało się niemalże pokutą. Ból zmusił mnie do kolejnej wizyty w CMC, gdzie odbyłam konsultację u doktor reumatolog i otrzymałam blokadę z diphrofosu w chory staw. Pomogło. Na 3 dni...Od nowego, 2008 roku, nie wróciłam do pracy.

Burza mózgu

W czasie zwolnienia lekarskiego przebywałam w areszcie...domowym. Stanęłam w kropce. Ból i utykanie na chorą nogę nie pozwalały mi wrócić do pracy. Ba, nie pozwalały mi nawet pójść do osiedlowego sklepiku po bułki! Biłam się z myślami, co powinnam w tej sytuacji zrobić, ale jedno wiedziałam na pewno: to biodro samo się nie naprawi... Zaczęłam poważnie rozważać możliwość poddania się operacji. Wydawało mi się, że to istna katastrofa i koniec świata! Jak do tego doszło – pytałam siebie – że ja, 31-letnia osoba, żyję tak, jakbym miała przynajmniej 40 lat więcej? Dlaczego muszę przeżywać koszmar operacji, skoro inni młodzi ludzie czasem latami nie chodzą do lekarza? Dlaczego to właśnie ja mam się stać skrzyżowaniem Terminatora z Robokopem, pozwalając lekarzom na wszczepienie mi endoprotezy?? No i jak ja będę potem funkcjonować? Całe życie o kulach? Co to za życie? Przepłakałam cały tydzień...W międzyczasie szukałam w Internecie kontaktu z osobami, które przebyły już operację i mogłyby mnie wesprzeć, pocieszyć, udzielić wskazówek. Znalazłam. Dwie. Pierwszym był mężczyzna, który obiecał udzielić wyczerpujących informacji na wszelkie moje pytania, po czym odpisał: „Zapytaj o to wszystko lekarza”. Drugą osobą była Justyna – moderator tej strony. Justyna udostępniła mi swoje dane kontaktowe, dzięki czemu mogłam jej codziennie pomarudzić o moich problemach, a ona cierpliwe i rzeczowo na wszystko mi odpowiadała i dodawała otuchy. Dzięki jej za to!

Tego się nie spodziewałam..
W końcu, po długich pertraktacjach z samą sobą, 16 stycznia zadzwoniłam do CMC, aby porozmawiać z doktorem Laskowskim. „Chyba już czas pomyśleć o operacji Panie doktorze” – powiedziałam z żalem w głosie. „Świetna decyzja!” – odpowiedział doktor. 2 godziny później otrzymałam informację, że moja operacja może się odbyć 25 stycznia, czyli za półtora tygodnia!! Omal nie zemdlałam z przerażenia... Poprosiłam o jeden dzień do namysłu. Był to oczywiście dzień przepłakany. Ale podjęłam męską decyzję: zgodziłam się. Otrzymałam harmonogram przygotowań do operacji, wykaz badań, które muszę wykonać (roentgen, densytometria, krew, mocz) i umówiono mnie na konsultację lekarską z dr Laskowskim oraz z lekarzem anestezjologiem. Dopełniłam wszelkich formalności i z przerażeniem czekałam do dnia operacji. Dzień w dzień płacząc oczywiście.

Godzina „zero”
Do kliniki przyjechałam na 10tą rano w dniu operacji. Pobrano mi krew i zaprowadzono mnie na salę, gdzie czekałam na operację. Aby zmniejszyć mój stres, pielęgniarka dała mi bardzo „wesołą” tabletkę, po której przespałam kilka godzin. Gdy się obudziłam, byłam głodna (ostatnio jadłam i piłam o 7mej rano..), zmęczona czekaniem, ponownie zdenerwowana i zła. Z niecierpliwością i strachem czekałam, aż poproszą mnie na salę operacyjną. W końcu się doczekałam. Pielęgniarka zaprowadziła mnie do sali, gdzie przebrałam się w urocze zielone wdzianko, po czym położono mnie na łóżku. Wokół krzątali się lekarze, anestezjolog mówił coś do mnie, ale zaczęłam panikować, więc natychmiast pojawiła się przy mnie sympatyczna pielęgniarka, która zaaplikowała mi jakiś cudowny środek, dzięki któremu „odleciałam”. Ocknęłam się na właściwej sali operacyjnej i zdążyłam już tylko powiedzieć lekarzowi: „Panie doktorze, bardzo proszę niech Pan dopilnuje, żebym miała nogi równej długości!”. I to tyle. Więcej nic nie pamiętam. Obudziłam się „po chwili” – bo tak mi się zdawało – a w rzeczywistości było to ponad 4 godziny później, po 21.00. Spojrzałam w sufit, gdzie zobaczyłam ogromną lampę, nie omieszkałam więc jej pochwalić: „Ładna lampa!”....po czym znów zapadłam w sen.

Po operacji
Ocknęłam się na sali pooperacyjnej, byłam na w pół przytomna, ale wiedziałam, że jestem podłączona do urządzeń monitorujących, obok siedzi mąż, a w pobliżu chodzi pani pielęgniarka dopytująca, czy nie czuję bólu, czy coś mi potrzeba, itd. Muszę przyznać, że wiele rzeczy mnie tej nocy pozytywnie zaskoczyło. Wspaniała opieka, kompletny brak bólu, dobre samopoczucie i znieczulenie nóg, które puściło bardzo szybko, bo już po północy...
Kolejnego dnia zjadłam wystawne śniadanko i dostałam kolejną porcję leków podawanych przez cewnik (cieniutką rurkę) wprost do kręgosłupa. Niestety okazało się, że jeden ze składników tego leku powoduje u mnie nudności, osłabienie i senność. Dlatego też dopiero po południu byłam w stanie współpracować z rehabilitantką, która przyszła, aby mnie pionizować. Pierwsze moje próby poruszania się to ćwiczenia izometryczne – napinanie mięśni, po czym siadanie na łóżku ze spuszczonymi nogami. W pierwszym odruchu bałam się zrobić cokolwiek, bałam się, że zrobię sobie krzywdę, coś uszkodzę.. Na szczęście się myliłam.

Pobyt w klinice i wypis
W „Carolinie” przebywałam 4 i pół dnia. Gdyby nie operacja, mogłabym pomyśleć, że jestem w Spa. Atmosfera bardzo przyjazna, cudowni ludzie, wspaniała opieka, przyjemne i dobrze wyposażone wnętrza.. W takich warunkach chory błyskawicznie wraca do zdrowia!
Każdego dnia pobytu w szpitalu odbywałam spacerek o kulach na salę gimnastyczną, gdzie w ramach rehabilitacji wykonywano mi masaż nogi i delikatne ćwiczenia. Oczywiście początkowo zakres ruchu operowanej nogi i jej siła nie były duże, ale po to właśnie jest rehabilitacja, aby wrócić do dawnej formy.
W piątym dniu zostałam wypisana ze szpitala. Otrzymałam komplet wyników badań oraz zalecenia poszpitalne, z których najważniejsze to:
- chodzenie z pomocą 2 kul bez obciążania kończyny operowanej przez 6 tygodni,
- utrzymywanie nogi uniesionej i chłodzenie co 2 godz.,
- przyjmowanie wskazanych leków,
- zdjęcie szwów (tzn. plasterków) w 14tym dniu od operacji,
- kontrola lekarska wraz z rtg w 6 tygodni po operacji.

3 tygodnie po operacji
Jest coraz lepiej! Zaledwie pierwsze 4-5 dni po wyjściu z kliniki czułam się osłabiona i dużo leżałam. Potem zaczęłam odważnie „śmigać” o kulach po domu. 2 razy w tygodniu jeżdżę do „Caroliny” na rehabilitację, poza tym ćwiczę samodzielnie w domu. Już od tygodnia czuję się na siłach, aby stąpać na operowaną nogę, aby normalnie chodzić, ale nie robię tego w związku z zaleceniem lekarza, aby jedynie dotykać nogą do podłogi, lecz na niej nie stawać. W zasadzie funkcjonuję normalnie. Jedynie kule zdradzają, że miałam operację. Oczywiście mam jeszcze pewne ograniczenia: nie mogę spać na operowanym boku, a jeśli śpię na tym zdrowym – to z poduszką między nogami; nie mogę też jeszcze przyciągnąć kolana w stronę tułowia, owszem, przekraczam kąt 90 stopni, ale noga w biodrze nie zgina się jeszcze całkowicie; nie wykonuję też większych rotacji biodra na boki, bo słucham zaleceń lekarza. Ale jestem coraz silniejsza i coraz bardziej sprawna. Niecierpliwie czekam na moment, w którym lekarz pozwoli mi odstawić kule i wrócić do zupełnie normalnego życia. Dziś mogę powiedzieć, że nie żałuję podjętej 3 tygodnie temu decyzji i naprawdę cieszę się, że poddałam się tej operacji. Od tamtego dnia zapomniałam o bólu biodra. Oby na zawsze!

Dni kul ortopedycznych są policzone
Pod koniec rehabilitacji poszpitalnej, czyli około 5 tygodnia po operacji okazało się, że już nie jestem taką grzeczną pacjentką jak wcześniej ;P Nie mogłam już ścierpieć tych niewygodnych kul, które wszędzie mi się przewracały, przeszkadzały i powodowały bóle rąk. Zaczęłam więc poruszać się po domu bez nich. Kiedy minęło 6 tygodni od operacji, wybrałam się na wizytę kontrolną do lekarza, który mnie operował. Poszłam tam jeszcze o kulach, ale w zasadzie nie tyle się na nich wspierałam co machałam nimi dla niepoznaki ;) Dlatego pierwszym, co powiedział lekarz, gdy weszłam do gabinetu, było „Czy te kule czasem Pani nie przeszkadzają?”  Jasne, że przeszkadzały, dlatego z gabinetu wyszłam już bez nich.  Przez krótki czas jeszcze potem jeździłam na rehabilitację do Karoliny. I choć moja rehabilitantka i reszta ekipy byli naprawdę bardzo fajni, z przyjemnością zakończyłam etap rehabilitacji i zaczęłam żyć normalnie. Nie znaczyło to jednak, że byłam już wtedy sprawna na 100%. Pokazał to mój pierwszy spacer. Niby wszystko było w porządku, noga nie bolała, ale miałam wrażenie, że moje mięśnie „mdleją”, że chwilami robią się bezsilne. Na szczęście po pewnym czasie ten objaw zniknął.

Kolejne miesiące po operacji
Jeśli chodzi o biodro, nic nie stało na przeszkodzie, by normalnie żyć. Chodziłam jak zdrowy człowiek, tańczyłam jak nastolatka. Nie czułam bólu, miałam i nadal mam pełen zakres ruchu. Ból biodra i jego okolic poczułam dopiero równo rok po operacji i to tylko dlatego, że przesadziłam z szaleństwami na dyskotece karnawałowej ;) Bawiłam się świetnie, za to odchorowywałam to przez cały tydzień ;) Ale po tygodniu obolałe mięśnie zregenerowały się i dały mi spokój. Jedyną rzeczą, która mnie martwiła i o którą pytałam lekarza na kolejnej wizycie kontrolnej było uczucie „przeskakiwania” czy „strzelania” biodra w niektórych sytuacjach. Lekarz obejrzał biodro i powiedział, że to kwestia zbyt słabych mięśni wokół stawu i że powinnam więcej ćwiczyć. No a do tego to ja akurat jestem ostatnia… Bez bata nad głową po prostu nie ćwiczę sama, choć wiem, że powinnam. Ach…gdyby tak lekarz zamiast ćwiczeń zlecał taniec i dyskoteki… 

Półtora roku po operacji
Z operowanym biodrem zaczęło się coś dziać… Zaczęłam odczuwać ból w pachwinie i pośladku kiedy chodziłam, siadałam czy przewracałam się z boku na bok. Ale nie był to silny ból, raczej sygnał, że coś jest nie tak. Kontrola lekarska wykazała, że z samą kapą jest wszystko w porządku. Rentgen biodra pokazał, że jest ona prawidłowo osadzona, nie uległa przesunięciu i wszystko jest ok. Problemem okazała się zapalna maziówka, która narosła wokół stawu. Tyle, że nie ma ona nic wspólnego z samą operacją, a z chorobą zapalną stawów jaką mam „przyjemność” posiadać od wielu lat…

Październik 2009
Od operacji lewego biodra minął rok i 10 miesięcy. Stan zapalny wokół stawu utrzymuje się nadal, ale ja i lekarz zamierzamy go wkrótce „wybić” za pomocą synowektomii izotopowej. Zabieg polega na podaniu do stawu zastrzyku z izotopu konkretnego pierwiastka, co ma spowodować zwłóknienie tkanek zapalnych, a więc likwidację stanu zapalnego w biodrze. Nie chcemy przecież, żeby zapalenie stawu spowodowało jakieś komplikacje, jak na przykład obluzowanie kapy. Liczę na to, że po tym zabiegu pojawiające się czasami bóle w pachwinie znikną zupełnie.

Ale żeby nie było tak wesoło…
…od dłuższego już czasu, w zasadzie od roku, drugie biodro bardzo dopomina się o zainteresowanie ze strony lekarzy…. Nie przestaje mi o tym przypominać dniami i nocami. Historia lubi się powtarzać, a więc prawe biodro poszło w ślady lewego. Po prostu się rozsypało…. Jest tak zniszczone, że nie da się już z nim normalnie funkcjonować. Dopóki mogłam – chodziłam, pracowałam i jakoś to było. Ale w wakacje ból nasilił się do tego stopnia, że chwilami mnie paraliżował. Były momenty, kiedy wyłam z bólu, nie byłam w stanie nawet drgnąć żeby znaleźć mniej bolesną pozycję, a rodzina chciała wzywać pogotowie. Paradoksalnie noce wcale nie przynosiły mi ulgi, bo ból często stawał się nie do zniesienia i nie pozwalał spać. Musiałam zrezygnować z pracy i wybrać się na dłuższe zwolnienie. Ograniczyłam bardzo obciążanie nogi, poruszanie się i wychodzenie z domu, bo bez bólu byłam w stanie przejść zaledwie do 5 metrów. Potem musiałam natychmiast siadać, bo inaczej ból mnie obezwładniał. Tym samym znalazłam się w areszcie domowym. Ponieważ obecnie dużo odpoczywam, ból biodra trochę się złagodził i pozwala mi na małe szaleństwa typu wyjazd do lekarza czy na badania. O spacerze czy zakupach nie ma mowy.

I co teraz?
Mój lekarz, to znaczy ten sam, który operował mnie poprzednio, próbował ratować to nieszczęsne prawe biodro, ale ono nie dało mu wielu możliwości. Dlatego po konsultacjach i badaniach zapadła decyzja o kolejnej kapoplastyce. Zgodziłam się na nią, bo wiem, że nie mam wyjścia. Nie mogę dłużej zamykać się w domu z dala od świata i ludzi. Nie chcę prosić domowników o dostarczanie mi zakupów, chcę robić je sama. Chcę biegać po mieście, załatwiać sprawy, pracować, być aktywną. Chcę żyć tak jak wszyscy. Dlatego… operacja za 3 tygodnie. Ponownie umieram ze strachu. Poprzednio bałam się, bo nie wiedziałam co mnie czeka, teraz boję się, bo wiem… Wiem też, że jestem po prostu panikarą, boję się, że coś może pójść nie tak, coś mi się może stać. Odpukać! Boję się tej nieporadności tuż po zabiegu, kiedy człowiek musi od nowa uczyć się chodzić, a przewrócenie się z boku na bok, kąpiel czy korzystanie z toalety urastają do rangi sportów ekstremalnych. Nie powinnam się bać, wiedząc, że to wszystko szybko mija i człowiek wraca do sprawności w zaskakującym tempie. Mimo to nie potrafię jeszcze myśleć o późniejszych korzyściach. Na razie nieustannie – świadomie i podświadomie -  skupiam myśli na dniu operacji, nazywając go „godziną zero” i przeżywając swoje przerażenie znowu i znowu. Jednocześnie przygotowuję się powoli do zabiegu. Mam ustalony termin, pertraktuję z kliniką w sprawie kosztów operacji, jestem w trakcie robienia badań, oddałam już jedną jednostkę krwi do późniejszej autotransfuzji i za kilka dni udaję się na spotkanie z anestezjologiem. Ale robię to wszystko trochę mechanicznie, jakbym załatwiała sprawy w czyimś imieniu, a nie dla siebie samej. A wszystko po to, by nie zwariować...
Trzymajcie kciuki 5 listopada!

 
 Komentarze: Dodaj komentarz 
Do Pana Bioderko  2009-10-19 10:19:00
Do Pana Bioderko  2009-10-19 10:19:00
Do Pana Bioderko  2009-10-19 10:19:00
Do Pana Bioderko  2009-10-19 10:19:00
Do Pana Bioderko  2009-10-19 10:19:00


 

 Informacje
• Leszek Witkowski
• Waldek
• Andrzej K.
• Wojtek M.
• Przemek
• Justyna Ś.
• Ania P.
• Halina W.
• Piotr